Concours de Mellieur Sommellier d’Europe Starsbourg 2010
Ekspert od win
02.12.2010

Concours de Mellieur Sommellier d’Europe Starsbourg 2010

Tomasz Kolecki
Tomasz Kolecki

0/10

Na wyprawę po “złote runo” ruszyłem uzbrojony nie tylko w wiedzę, ale i doświadczenie zdobyte podczas poprzednich mistrzostw Europy i Świata, na których miałem zaszczyt reprezentować naszą piękną ojczyznę. 

Pełen nadziei i dobrych myśli, ostanie chwile podróży samolotem a następnie TGV do Strasburga, poświęciłem na powtórki informacji i relaks przed bojem, który miał się rozpocząć zaledwie godzinę po planowanym przybyciu do „miasta tysiąca kościołów”. Dzięki nieoczekiwanej postawie Air France, linii kolejowych i kierowcy autokaru, czyli absolutnemu braku strajków, dotarłem na miejsce o czasie. Zawody i hotel zostały zlokalizowane na luksusowych łodziach, regularnie pływających po rzekach naszego kontynentu. Mój okręt nazywał się obiecująco – „Europe”. A więc: do boju!

Czas start!

Na początek - degustacje „w ciemno” na czas. Dwa wina, 10 minut, język do wyboru: angielski lub francuski, o ile nie jest językiem oficjalnym kraju kandydata. Wina niosły wiele skojarzeń. Słowem – jest dobrze! Dwie kartki formatu A4 zapisały się same… Kolejna konkurencja – alkohole mocne. Trzy alkohole i trzy minuty na identyfikację, podanie nazwy, typu i bazy trunku. I tu pierwsze schody. Niby wszystko jasne, ale nie do końca. Po zawodach kombinacji padających w kuluarowych rozmowach było tyle, ilu kandydatów. Ja postawiłem na francuski likier ziołowy, jamajski rum i francuską gronową eaux-de-vie, czyli z grubsza brandy zanim będzie starzona.

Test pisemny

Teraz czas na moją koronną konkurencję – test pisemny. Pytania otwarte i zamknięte. Po szybkim przewertowaniu około dwudziestu stron, na mojej twarzy pojawił się nieśmiały rogal. Bo niby jak miałem zareagować widząc, między innymi, pytania o Forditas i Maslac, Valtellinę, czy regiony południowej Europy. Jest dobrze! Uśmiech lekko „sponiewierały” pytania o rdzenne odmiany chińskie, czy japońską nazwę grzyba fermentującego żółtą sake… Nie ma co marudzić, trzeba było wiedzieć. I znów przykładałem ucha, by dowiedzieć się, co tam słychać u innych. Nie jest źle. Wielu zatkały pytania, które dla mnie wydawały się „bułką z masłem”. Nadzieje rosną!

Praktyka

Ostatnia konkurencja przed wyborem finałowej dziesiątki, czyli praktyka. Brali nas jak żołnierzy z Westerplatte  - po czterech na raz. Każdy miał swoją komisję i oddzielone stanowisko. Mój sędzia – mój idol! Najmłodszy w historii Mistrz Świata i Europy! Enrico Bernardo! Italia! Zadanie: dwie i pół minuty na serwis starego białego porto zamkniętego lakowym kapturkiem, dla ośmiu osób. Jest dobrze! Tylko po co te nerwy? Nim wyszedłem z sali, już widziałem kilka zgubionych punktów. Kilka. U pozostałych z mojej czwórki tylko jeszcze jeden wiedział, jak to trzeba było zrobić. Pozostali nie stukali. Słyszałem. A powinni…

Wyniki

Na ogłoszenie top ten musieliśmy poczekać do wieczora. Nareszcie! Są wyniki! I pierwsze zaskoczenie. Wybrali tylko ośmiu! Tylko dlaczego? Bo potem była pustka? A może potem było gęsto i ciężko było zdecydować, kogo wybrać? Widząc kto, oprócz mnie, był „poza burtą” stawiam na to drugie. Bo jeżeli czterech byłych finalistów poprzednich mistrzostw tonęło razem z resztą, to raczej ciężko spodziewać się, że nagle zapomnieli co i jak…  Nieważne! Ważne, że mimo najlepszego występu w życiu, zabrakło miejsca dla mnie.

Czas znaleźć sponsora

Teraz nie pozostaje nic innego, jak znaleźć czas i sponsora. Tak właśnie – sponsora. Praktycznie każdy, kto się w zawodach liczy takiego ma. Takiego, który wyłoży środki na żółte sake, na czas, na książki, na przygotowanie się na trzysta procent, które pozwolą mi wygrać jeszcze raz w Polsce i wreszcie osiągnąć coś w tej dziedzinie dla naszego młodego w niej kraju na Mistrzostwach w 2013 roku w Tokio.