Podcast o winie - Kilka głębszych... [Odcinek 2 - Niemcy]
Podcast o winie
02.08.2022

Podcast o winie - Kilka głębszych... [Odcinek 2 - Niemcy]

Krzysztof Szubzda
Krzysztof Szubzda

10/10

Guten Tag, meine Damen und Herren, dziś zapraszam do Niemiec, do kraju Rieslinga, to wiadomo, ale również do kraju, gdzie rządzi ład i konkret, gdzie nawet toast wznosi się bez zbędnych ceregieli, mówiąc wprost:… PROST.

Posłuchaj podcastu:

A zatem spośród 16 niemieckich landów te winodajne da się policzyć na palach jednej ręki… No prawie, bo jest ich równo 6. Przy czym Hesja i obie Saksonie uprawiają winorośl dość symbolicznie. Trochę więcej wina sprzedają Frankończycy w swoich piersiówkach zwanych „bockbeutel”, no i jest jeszcze Badenia. Tam już można się złapać na całkiem sporo dobrego Gewurztraminera, ale prawdziwą krainą winem płynącą, landem, gdzie powstaje zdecydowana większość niemieckich win jest… Nadrenia-Palatynat. Jak sama nazwa wskazuje składa się z Nadrenii i Palatynatu. No i jeszcze z Hesji Nadreńskiej na co już nazwa nie wskazuje, ale warto o niej wspomnieć, bo to właśnie Hesja Nadreńska jest najbardziej winodajną częścią tego najbardziej winodajnego landu, czyli taką germańską Toskanią, jakkolwiek to brzmi. To właśnie w Hesji znajdują się najrozleglejsze winnice, największe piwnice i w ogóle największe miasta całej Nadrenii-Palatynatu: Mainz, Worms und Bingen. Te miasta miały kiedyś polskie nazwy, ale kto z miłośników Bundesligi pamięta jeszcze, że Mainz to Moguncja, w której urodził się Gutenberg – wynalazca prasy drukarskiej. Kto z panów Tirowców pędzących po Ringstrasse wokół Worms pamięta jeszcze, że ten stary port nad Renem nazywał się za czasów Lutra Wormacją. Tam zresztą odważnego mnicha potępiono i skazano na banicję. No i warto jeszcze wspomnieć o Bingen – gdzie urodziła się Hildegarda z Bingen – zakonnica, doktor nauk przyrodniczych, dyrygentka, filozof i wizjonerka, dziś okrzyknięta też średniowieczną feministką, matką medycyny holistycznej i patronką ruchu New Age.

Hesja Nadreńska produkuje głównie…. Rieslingi… To wiadomo, ale warto poszukać równie wspaniałych, choć pewnie mniej znanych Muller-Thurgau’ów, idealnych na lato Sylvanerów i Grauburgunderów. Żeby to wszystko tak strasznie nie brzmiało, bo niemiecki ma takie tendencje, możemy Grauburgundera spolszczyć, jako burgund szary i już brzmi lepiej. Po francusku będzie jeszcze lepiej i bardziej znajomo: Pinot Gris.

Podobnie możemy potraktować popularnego w Hesji Dornfeldera. „Dorn” to po niemiecku cierń, a „felder” to pola. Cierniowe pola brzmią może nie najlepiej, ale i tak lepiej niż Dornfelder. A przy okazji możemy się domyślać, jak trudny musi być w uprawie szczep, który nazwano cierniowe pola. Otóż, w cale nie jest taki trudny, bo Dornfelder to nazwisko Immanuela Augusta Ludwiga Dornfeldera, który ten szczep zwyczajnie wypromował. A teraz nazwa szczepu promuje pana Immanuela.

Na półce w Winezji jest garstka całkiem ciekawych win z Hesji Nadreńskiej, większość to… Rieslingi. Wiadomo. Ale jest kilka niespodzianek. Największa to chyba słodki, bezalkoholowy… Merlot. Jeśli ktoś sobie coś takiego życzy, proszę bardzo.

Na południe i zachód od Hesji Nadreńskiej rozciąga się kraina o dumnej nazwie Palatynat. Nazwa brzmi dumnie jedynie po polsku, bo po niemiecku Palatynat brzmi jak prychnięcie po kiepskim winie -czyli Pfalz, no ale jeśli wypowiemy to z namaszczeniem czyli „Pflaz” możemy usłyszeć coś jakby pałac czyli po łacinie palatium i stąd właśnie palatynat. Mieszkańcy tego zakątka uważają się za osobną nację – i to raczej francuską niż niemiecką. Na dowód tego często dziękują twardym niemieckim merci, a zamiast potocznego powitania Morgen, lubią sobie powiedzieć Morżę. Z tego powodu reszta Niemiec uważa ich za… może nie zakonspirowaną, ale na pewno zadufaną opcję francuską albo za prostych bauerów, którzy jedzą ciasto chlebowe z boczkiem i udają, że to pizza, a wino popijają z kufla, bo nie bardzo wiedzą, jak się trzyma kieliszek.

Z tą francuskością mieszkańców Palatynatu to coś na rzeczy jest, po rzeczywiście przeciętny Pfaelzer w miejscu typowo niemieckiej blond czupryny ma raczej ciemniejszą fryzurę, a zamiast błękitnych oczu - parę piwnych tęczówek. Ale złośliwości, jakie wynikają z tak zwanych Palzwitzów czyli żartów o palatynacie mają z prawdą tyle wspólnego, co nasze wice o Wąchocku. Moim zdaniem wynikają głównie z zazdrości o wyborne palatynackim wina.

Najpopularniejszym z nich jest…. Riesling. To wiadomo. Nie zawsze tak było, ale z czasem to jabłkowe wino zdeklasowało inne szczepy. Wiem, że jabłkowe wino to nie brzmi dobrze, przynajmniej po polsku, ale cóż poradzę, że to właśnie jabłkowa nuta charakteryzuje najbardziej Rieslingi z Palatynatu. No chyba, że rocznik jest mało łaskawy w słońce, wówczas jabłkowe tony zastępuje smak limonki. Ale niech no w Palatynacie rozszaleją się upały wówczas Riesling potrafi nabrać słodkości pomarańczy, a nawet w nektarynki.

Palatynat to oczywiście nie tylko bezkresne winnice i rozsiane na pagórkach wioseczki, są tam też całkiem spore miasta, jak chociażby Keiserslautern. Trochę trudne do wymówienia, dlatego Amerykanie z tamtejszej bazy wojskowej (największej poza Stanami) nazywają Keiserslautern K-city czyli miasto na K. Nazwa naszego lotniska Jasionka też jest poza zakresem lingwistycznym amerykanów, więc nazywają je J-city, czyli miasto na J. Gdybyście kazali amerykańskiemu żołnierzowi powtórzyć: „W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie” najprawdopodobniej powiedziałby: "W mieście na S owad na C robi coś na b".

Oprócz Keiserslautern w Palatynacie leży trochę łatwiejsze do wymówienia miasteczko Zweibruken. Swego czasu rezydował tam nasz król Stanisław Leszczyński i dlatego Leszczno, dziś już Leszno jest wciąż miastem partnerskim Zweibruken, czyli Dwumościa. Tak by to można przetłumaczyć. W Polsce chyba nie ma żadnego Dwumościa, jest Zamość, ewentualnie Trójmiasto, czyli Gdańsk, Gdynia, Sopot. Zresztą partnerskie miasto Sopotu też leży w Palatynacie i nazywa się Frankenthal. Słyszeliście o nim? Bo ja nie. Nie słyszałem też nic o Spirze? A To właśnie ze Spiry w Palatynacie wyruszył Henryk IV do Canossy. Każdy kojarzy, dokąd poszedł się cesarz kajać, ale mało kto kojarzy skąd. Z drugiej strony my też nie kojarzymy, skąd cesarz Otton III przybył do Gniezna. A tak w ogóle to Spira jest miastem partnerskim Gniezna.

Aha, z tym piciem wina z kufla, to nie żart. Będąc w Palatynacie koniecznie poproście o Dubbeglas, das Dubbeglas. Dostaniecie może nie klasyczny kufel, ale potężną szklanę z wgłębieniem na palec w dnie, a w środku wyborne wino… z wodą gazowaną. Takie coś nazywa się w Niemczech Shorle. Wszystko w połączeniu z wodą gazowaną nazywa się po niemiecku shorle. Apfelshorle, Colashorle no i oczywiście weinshorle, die weinshorle. Chociaż w palatynacie ta Schorla zamienia się w tego Schorla, czyli der Schorle, a 10 kilometrów na wschód od Spiry ten szorle zamienia się w nijakie to Schorle. Transgederowy shorle wszędzie jednak smakuje tak samo.

No i teraz możemy przejść do Nadrenii… Nadrenii, nie Nadrenii Palatynatu, czy Hesji Nadreńskiej tylko do zwyczajnej Nadrenii, która jak sama nazwa wskazuje leży nad… Mozelą. Wina znad Mozeli, to przede wszystkim Rieslinigi, wiadomo. Uchodzą za bardziej wyrafinowane, by nie powiedzieć prestiżowe. I nic dziwnego, tradycje winiarskie sięgają tam czasów rzymskich i co ciekawe, tak jak w Palatynacie ludzie chłodzą się winem ze szklanki, to nad Mozelą piją je z kubka, zamiast porannej kawy, i to dosłownie… na ciepło i z cukrem. Ten, ginący już niestety zwyczaj. Pochodzi właśnie z czasów rzymskich garnizonów stacjonujących nad Mozelą. W zimne poranki legioniści krzepili się gorącą herbatką z grzanego wina. Żeby jakoś ich wytłumaczyć, powiem tylko, że szczepy znad Mozeli nie dają zbyt dużo alkoholu, ale są za to wyjątkowo rześkie, dość kwiatowe i jak to mówiąc Niemcy sehr trocken. Trocken to szczyt niemieckiej wytrawności. Jeśli na etykiecie rieslinga zobaczycie napis Halbtrocken to będzie on półwytrawny, a popularną nazwę Kabinett można by przetłumaczyć jako ćwierć wytrawny, choć dosłownie Kabinett oznacza szafeczkę, gabinecik, schowek na coś cennego. Bo Kabinetty w klasyfikacji jakości rieslinga uchodzą za te lepsze. Jeszcze lepsze są Spaetlese, choć nazwa wcale tego nie sugeruje, mówi tylko, że są późno zbierane. Spatelese leżą dokładnie na granicy półwytrawności i słodkości, no i na granicy klasy średniej i wyższej. Właściwa klasa wyższa zaczyna się od auslese, co dosłownie oznacza wyselekcjonowane, a przy okazji oznacza że będzie to wino zdecydowanie słodkie. Czasem zdarza się też określenie Beerenauslese czyli selekcja jagodowa, a to gwarantuje jeszcze większą słodycz i jeszcze wyższą klasę. A najsłodszy, najbardziej luksusowy Riesling, okraszony dodatkowo smakiem szlachetnej pleśni z nazywa się Trockenbeerenauslese. I takiego właśnie szukajcie w dolinach, ciągnących się od Trewiru po Koblencję, czyli od miejsca urodzin Karola Marksa po rodzinne miasteczko Thomasa Andersa z Modern Talking.

Ale jeśli nie wybieracie się akurat w tamtą stronę, na stronie Winezji poszukajcie niemieckich rześkości do sierpniowych obiadów.

Aha, jeśli chcecie je zarezerwować 30% taniej, wystarczy wybrać minimum 6 butelek i wpisać kod: GRIS. Prawda, że proste? No to PROST!