Nie ma to-tamto
Ekspert od win
23.11.2012

Nie ma to-tamto

Tomasz Kolecki
Tomasz Kolecki

0/10

Tegoroczna jesień dla Stowarzyszenia Sommelierów Polskich to czas przełomów. Na początku września zorganizowaliśmy XII mistrzostwa Polski, w których wygrał mój wieloletni „Cień” poprzednich edycji - Andrzej Strzelczyk.

W samych mistrzostwach pojawiło się kilka „haczyków”. Zorganizowaliśmy w eliminacjach konkurencje z laptopem i excellem, a w finale zawodnicy w drastycznie krótkim czasie musieli otworzyć i rozlać równiutko do 12 kieliszków butelkę szampana magnum (1,5l.). Pisze „zorganizowaliśmy”, jako że po raz pierwszy przyszło mi sędziować krajowe zawody. O ile konkurencja komputerowa przyniosła równe trudności niemalże wszystkim, to w bąbelkowej Andrzej pokazał, jakie ma plany.

Rozgrzani walką na krajowej arenie, ruszyliśmy na przełomie września i października do węgierskiego Szegedu, gdzie w hotelu Diamant w Dunakiliti, zostały zaplanowane pierwsze Mistrzostwa Centralnej Europy Sommelierów, w których oprócz naszych zuchów – mistrza Andrzeja, i srebrnego medalisty Pawła Białęckiego, startowały w bojach reprezentacje Czech, Słowacji, Rumunii (dwie!), Chorwacji i Węgier oczywiście.

Droga była daleka, z przystankiem w Wiedniu. Wykorzystywaliśmy zatem dany nam czas na różne sposoby. Wzmocnieni gęsim pipkiem i wurstem ze śląskiego przystanku, lwią część czasu oddaliśmy, a jakże by inaczej, zadawaniu naszym zawodnikom pytań z zagadnień, które mieliśmy nadzieję, lub okazję, spotkać we wcześniejszych zawodach krajowej i międzynarodowej rangi. Jak się później okazało, w wielu przypadkach mieliśmy przysłowiowego „nosa”, co raczej nie dziwi, w towarzystwie czterech sommelierów…

Wieczór w stolicy Austrii spędziliśmy pod patronatem „Dużego Jasia” i silcher sturm. Ten pierwszy, to potężnie „wysmarowane dębiną” cuvve odmian francuskich i lokalnych, które trochę z premedytacji, trochę z przekory, wybraliśmy jako towarzysza finału kolacji. Ten drugi, to austriacka specjalność tej części roku, którą zaserwowano nam na wejście do gry w wine-barze sieci Wine&Co. Różowy niczym lakier dla Barbie, chmurny, wciąż fermentujący w butelce, kieliszku i… żołądku, odcisnął się mocnym piętnem. Tym mocniejszym, ile został wzmocniony próbkami win ze stajni Willego Brundlmayera, ordynowanymi przez Thomasa Klingera, który dołączył do naszego grona w tzw. międzyczasie. Taaak... A rano trzeba w drogę. Gospodarowaliśmy zatem płynami iście oszczędnie, stawiając głównie na ich funkcje poznawcze, mniej zaś na środowiskowe.

Droga z Wiednia do Dunakiliti zajęła krótką chwile, i po wypełnieniu formalności powitalnych, udaliśmy się do pokoi, przygotować się do pierwszego starcia, czyli eliminacji, które miały rozpocząć się po południu. Przyznam, że moje pomieszczenie ciężko, w porównaniu z pozostałymi, nazwać pokojem. Suite? Apartament? Wanna z bąbelkami dla dwójki byłaby zbyt duża, tak samo zresztą łoże i kubatura pomieszczeń. Poczułem się rozpieszczony i bez trudu doceniłem uroki dziennikarskiej profesji. Ale… Nie o tym miała być ta szpalta. Prawie równo z zaplanowana godzina 15-tą, rozpoczęły się eliminacje. Na początek – standardowo, test teoretyczny, degustacje w ciemno i konkurencje praktyczne, które surowym jak to ma zwyczaju, sędziował także Prezydent naszego Stowarzyszenia Sommelierów Polskich. Dla mnie był to idealny czas na uzupełnienie relacji zdawanej na bieżąco dzięki kochanemu „fejsbuniowi”. Następnie oddałem się zwiedzaniu hotelu, i chyba nie przerysuję i nie nadam zbyt wiele koloru, jeżeli powiem, że gdybym miał taki hotel i uzdrowisko w pobliżu Warszawy, byłbym wielce kontent. A może nawet zachwycony? Wczesnym wieczorem nareszcie zaczęli się pojawiać pierwsi zawodnicy. Nasi wyszli ze spokojnymi obliczami, i nie trzeba było zgadywać, że po rozegranych konkurencjach, czują się pewni wykonanego dzieła. U wielu innych takiego błogostanu ze świecą można było szukać. Nie tylko wówczas, lecz również w czasie kolacji, a nawet później. No właśnie – kolacja… O niej trzeba napisać słów kilka.

Młody szef kuchni starał się jak mógł, by sprostać po raz pierwszy w życiu takiemu wyzwaniu. I trzeba mu oddać – kulinarnie dał radę. Jednak dość długie menu, tyle samo win, nie zaprawiona w bojach załoga Sali i ilość gości, pokonała sprawę organizacyjnie, dzięki czemu kolacja dawała dużo możliwości do rozmów kuluarowych, a zakończyła się daleko po północy. A rano trzeba wstać i walczyć dalej. To zdanie oczywiście dotyczyło tylko trzech najlepszych zawodników eliminacji, jednak w tym momencie każdy z nich miał nadzieje, że to będzie właśnie on…

Na dzień dobry zabrano wszystkich do Pannonhalma, gdzie mieliśmy okazję wysłuchać ciekawej historii o tej części Węgier, obejrzeć cudowny klasztor i widoki rozpościerające się ze wzgórza. Clou programu było jednak zwiedzanie winiarni, której współtwórcą obecnego, grawitacyjnego kształtu, był m.in. Tibor Gal – emblematyczna postać węgierskiego winiarstwa. Zresztą – symboliczny pomnik ku jego czci znajduje się wprost naprzeciw wejścia. Po krótkiej, acz treściwej degustacji i lekko pospiesznym lunchu, wróciliśmy do hotelu, by poznać finalistów i obejrzeć ich zmagania.

Uzbrojeni w stroje sommelierskie, wszyscy zawodnicy stanęli w szeregu, oczekując odczytania werdyktu. Każdy wyczytany wędrował ku komisji, by odebrać pamiątkowy dyplom, jednak ze świadomością, że dla niego zawody już się skończyły. Pierwszy, drugi, trzeci… a nasi zawodnicy wciąż w szeregu! Zostało tylko pięciu, a Andrzej i Paweł nadal w stawce. Pech! Wyczytano Andrzeja. A szczęście było tak blisko… Jeszcze tylko jeden odpada i.. to nie jest Paweł! Paweł Białęcki w finale! Razem z Julią Scavo z Rumunii i Jakubem Pribylem z Czech. Brawa!!! 

Zmagania finałowe nastręczyły sporo trudności nie tylko zawodnikom, lecz także zagubionej nieco w kolejności działań komisji i organizatorom, a nawet „działowi IT”, który raz za razem zmagał się ze złośliwością sztucznej inteligencji. Nasze tegoroczne mistrzostwa swoją organizacją mogłyby służyć za wzór. Ale! Nieważne. Paweł walczył dzielnie, w niektórych konkurencjach wypadając  rewelacyjnie, w innych oddając pola rywalom. Rywale zresztą, czynili tak samo, i wynik końcowy wciąż był sprawą bardzo szeroko otwartą. Ostatnia konkurencja – rozlanie butelki magmum szampana do trzynastu kieliszków. Skąd my to znamy? No właśnie – z naszych wrześniowych zawodów. Tylko w naszej konkurencji był  ścisły limit czasowy, bardzo wyśrubowany z resztą. Tu czas był mniej istotny. Kto pierwszy – ten lepszy. Jednak jak zwykle, najważniejsze było opróżnienie całej butelki i jakość wypełnienia kieliszków. I znów żaden z zawodników nie odstawał od pozostałych, jednak Julia chyba najlepiej wywiązała się z zadania.

Czyżby to miałby być prognostyk wyników końcowych? Za kilka chwil mieliśmy się przekonać. Po chwili na obrady i zsumowanie zdobytych punktów, wreszcie ogłoszono oficjalny wynik I Mistrzostw Centralnej Europy Sommelierów. Uwaga uwaga! Paweł Białęcki V-ce Mistrzem! A zwyciężczynią – Julia Scavo.

Gratulując Pawłowi podczas wieczornej gali i degustacji węgierskich trunków, przekonywałem Andrzeja, że za tydzień sobie powetuje straty z madziarskiej ziemi. I nie myliłem się! Tydzień później Andrzej stanął na czwartym stopniu finału Mistrzostw Bałtyckich Sommelierów, rozgrywanych już po raz kolejny, tym razem w Wilnie. Startowały w nich reprezentacje Polski, Estonii, Litwy, Łotwy, mocarnej w zawodach międzynarodowych Szwecji, oraz gościnnie – Gruzji.

Tak, tak Moi Mili. Nie ma to-tamto. Wkroczyliśmy na międzynarodowe wody całkiem niedawno, jednak radzimy sobie na nich co raz lepiej. Teraz przychodzi pora na mistrzostwa świata w Tokio. Zobaczymy. Zobaczymy…