Podcast o winie [Odcinek 9]: Co by tu poświętować? (LUTY)
Podcast o winie
31.01.2022

Podcast o winie [Odcinek 9]: Co by tu poświętować? (LUTY)

Krzysztof Szubzda
Krzysztof Szubzda

0/10

Podcast o winie i nie tylko został stworzony przez Pana Krzysztofa Szubzdę i mamy nadzieję, że pomoże w wyborze winnych (i nie tylko) propozycji na lutowe okazje. Życzymy miłego słuchania!

Luty ma trochę mniej dni niż przeciętny miesiąc, ale zestaw lutowy wcale mniejszy nie będzie, a to oznacza, że w lutym będziemy sięgać po wino… nieco częściej. Do tego dwukrotnie z wyjątkowych okazji. Jedna z nich bardzo kojarzy się z winem, a druga – może zacząć.

Tą pierwszą okazją są oczywiście walentynki. Po walentynkowe wino wyprawimy się w tym roku aż do Australii. I to nie do Sidney, Malbourne, czy Perth, ale na samo południe kontynentu w okolice miasta Adelaide. W tym dość mało znanym przeciętnemu Polakowi mieście działa teatr polonijny na świecie, tam właśnie odbywają się tradycyjne, polskie dożynki. Nietradycyjne jest tylko to, że dożynki odbywają się w styczniu. A teraz w lutym są pewnie wykopki. Z tego niezwykłego miasta pochodzi też niezwykła piosenkarka Sia, ta od piosenki „Chandelier”. A 50 km na północy wschód od Adelajdy rozpościerają się łagodne wzgórza zwane Pasmem Barossa i to właśnie tam w górskich dolinach w połowie 19 wieku osiedlili się Niemcy. Z polskiego dziś Śląska. A kiedy już się osiedlili, postanowili robić kiełbaskę i produkować rieslingi, żeby poczuć się jak u siebie w domu. Wursty wychodziły im całkiem niezłe, ale riesling słabo przyjmował się na antypodach. Po serii enologicznych eksperymentów australijscy Niemcy doszli do zgodnego wniosku: tylko shiraz. I właśnie shiraza Kings Of Prohibition Barossa Valley proponuję wam na walentynki. Wraz z winem dostajecie piękną butelkę i serię ciekawostki o Sii, styczniowych dożynkach i australijskich Niemcach, którymi możecie popisać się przed ukochaną lub ukochanym. Gdyby wieczór walentynkowy się przedłużał, i potrzebne były kolejne ciekawostki, możecie opowiedzieć o odkrywcy Australii Jamesie Cooku, który – tak się składa - zginął właśnie w walentynki. Nie była to jakaś bardzo romantyczna śmierć. A spotkał ją słynny kapitan na Hawajach, gdzie zresztą postawił nogę jako pierwszy europejczyk. Tubylcy widząc okazały okręt, pełen białych ludzi, uznali, że oto na ich oczach zstępuje na ziemię długo oczekiwany bóg Lono. Zgotowali więc mu i jego świcie iście boskie przyjęcie. Podarowali Cookowi wszystkie skarby wyspy. A boski Cook odwdzięczył się kapitańskim nożem.

Gdy jednak jeden z marynarzy Cooka spił się do nieprzytomności i zmarł na udar, w głowach tubylców zaczęły kiełkować pierwsze wątpliwości. Takie wpadki bogom się nie przydarzają, a przynajmniej nie tym hawajskim. Potem zobaczyli pęknięty maszt, trudności Cooka z naprawą, dodali dwa do dwóch i chwycili za kamienie i maczugi. Cook nie zdążył uciec, w drodze do łodzi dostał maczugą w głowę, a śmiertelny cios zadał mu wojownik obdarowany kapitańskim nożem. Tak wyglądały ostatnie walentynki Jamesa Cooka – odkrywcy Australii, do której 50 lat później przybyli Niemcy z polskiego Śląska i posadzili shiraz, którego śliwkowe, waniliowe i czekoladowe nuty przyprawione pieprzem, cynamonem i lukrecją rozpalą wasze zmysły w walentynkowy wieczór.

Druga wyjątkowa lutowa okazja to tłusty czwartek. Tak-tak. To już 24-ego lutego. Zwykle do pączków pijemy herbatę, albo kawę. Tym razem polecam wam… cavę. Ale taką przez c i v. Jeśli kogoś już nie bawi ten kalambur to przepraszam, ale być może są i tacy, którzy jeszcze nie wiedzą, że cava przez c i v to hiszpańska odpowiedź na szampana. O i teraz są mile rozbawieni tą dwuznacznością. Tak jak szampan pochodzi z Szampanii i opiera się głównie na tamtejszym charodnnay, tak ojczyzną cavy jest Katalonia i opiera się na nieco cytrynowym w smaku szczepie macabeo, na rozbuchanym aromatami kwiatów, gruszek lub melonów xarello i na odrobinie kwaśnej parellady. Wszystko to razem tworzy piękną harmonię, której zdaniem wielu znawców, zwłaszcza hiszpańskich, znacznie bliżej do szampana niż włoskiemu prosecco. Proponowana do tłustych pączków cava to Cami De Flors Semi-Seco Metode Tradicional. Jak wskazuje nazwa bąbelki są robione metodą tradycyjną i do tego są półwytrawne na granicy z półsłodkością, więc powinny się sprawdzić z naszym tradycyjnie polskim deserem. A właśnie, czy słyszeliście, że Hiszpanie nazywają czasem Katalończyków polacos? A więc mamy cavę od iberysjskich Polaków dla słowiańskich Polaków na ostatni czwartek karnawału. Proszę się delektować i nie liczyć ani kalorii, ani procentów. Wszystkie da się spalić w tańcu i dobrej zabawie.

Wszystko pięknie, ale czujni słuchacze odnotowali pewnie z niejakim niepokojem, że pierwszą lutową okazję znalazłem dopiero w połowie miesiąca. Co robić do 14-ego? Jak żyć? Spokojnie do 14 mamy jeszcze trzy inne, świetne okazje. 9 lutego świętujemy przecież Międzynarodowy Dzień Pizzy. Idealny dzień, by otworzyć jakieś smaczne wino do najsłynniejszej włoskiej potrawy. Trudno mi będzie dobrać wino do wszystkich pizz, jakie możecie tego dnia zamówić, ale polecę może zinfandela - Gnarly Head Old Vine. W jego dość odważnym smaku odkryjecie jeżynę, truskawkę, aromaty malin, a nawet tak interesujące niuanse smakowe jak zestaw przypraw i słodki tytoń Znawcy tematu spierają się, z której części Kalifornii pochodzi ten najlepszy Zinfandel. I z reguły padają odpowiedzi, że to kultowa Napa Valley, albo słynące dżemowym smakiem Hrabstwo Amador, albo cierpkomalinowe Pogórza Sierra, albo masowa, nieco nawet komercyjna Sonoma. Ale zawsze w takich rankingach i nierzadko na pierwszym miejscu pojawia się płaski region w centralnej dolinie winiarskiego zagłębia Kalifornii, czyli Lodi. Znakiem rozpoznawczym tamtejszych win jest właśnie ów słodko tytoniowy lub jak kto woli dymno-klonowy finał. I taki poczujecie wraz z każdym łykiem wina Gnarly Head czyli sękata głowa, albo może łeb na wypasie, bo różnie można tłumaczyć nazwę tego zawadiackiego wina z Lodi.

Dzień później, 10 lutego przypada 267 rocznica śmierci Monteskiusza. Piliście kiedyś z takiej okazji? No to zapraszam. Okazja jest ważna. To właśnie Monteskiusz wpadł na pomysł, że władza ustawodawcza, wykonawcza i sądownicza nie powinny się ze sobą łączyć. A toast za zdrowy trójpodział władzy jest zawsze aktualny. Wznieśmy go w tym roku bordoskim kupażem Chateau Pont De Pierre Lussac-Saint-Emilion. A tak w ogóle to Monteskiusz urodził się w tamtych stronach, niedaleko Bordeaux, w malowniczym zamku na lewym brzegu Garonny. W winnicach po lewej stronie Garonny króluje głównie cabernet sauvignon. Po prawej rządzi zaś merlot i cabernet franc. Nasz kupaż pochodzi z prawego brzegu, z okolic wsi Saint Emillion, mniej więcej 50 km od zamku Monteskiusza. Chateau Pont De Pierre łączy w sobie wszystkie wymienione szczepy wręcz idealnie. Idealny trójpodział smaku. Cabernet sauvignon wprowadza cierpkość czarnych owoców, merlot tonuje je malinowo-czekoladową nutą, a władzę pikanteriodawczą sprawuje w tym kupażu cabernet franc. Gdzieś w tle majaczy jeszcze nuta drzewna, bo ten trójpodział smaku dojrzewał i urabiał się w beczce. Do tak potężnego wina należy się oczywiście krwisty stek, suta porcja cielęciny, albo drób. Każde z dań powinno być obficie przyprawione, ale prostymi przyprawami, najlepiej pieprzem i solą.
A na siódmego lutego proponuję wam rzadki rarytas Conte Di Campiano Nero di Troia. Rzadki, bo nero di Troia nie należy do popularnych szczepów, choć w Apulii walczy o trzecie miejsce pod względem wielkości upraw. A Conte Di Campiano pochodzi właśnie z Apulii. Zaraz po otwarciu butelki co wrażliwsze nosy powinny wyczuć gęste, niemal konfiturowe aromaty czarnych owoców jagodowych. Potem na języku dołączy do nich pikantna przyprawowa nuta, a na pożegnanie hrabia Campiano pozostawi przyjemnie owocowy, odrobinę ziemisty smak. A z jakiej okazji ten rarytas? Bardzo nietypowej. Bardziej nawet niż śmierć Monteskiusza. Otóż siódmego lutego 1845 roku w British Museum stłuczono słynną wazę portlandzką z czasów Cesarstwa Rzymskiego. Stłukł ją pewien kompletnie pijany dżentelmen, który przedstawił się William Lloyd. Rzucił w wazę inną rzeźbą, mniej cenną. Muzeum pozwało go do sądu, ale trafił mu się fenomenalny adwokat. Udowodnił, że przepis na podstawie którego oskarża się jego klienta nie obejmuje zniszczenia mienia aż tak wysokiej wartości. Sąd przyznał mu rację, ale przytomnie zwrócił uwagę, że oprócz bezcennej wazy stłukła się również gablota, wyraźnie mniejszej wartości. William Loyd uznał ten argument i zobowiązał się zapłacić trzy funty za gablotę.

Ciekawa historia, prawda. A na koniec już zupełnie poważna okazja. Otóż 19 lutego obchodzimy 549 rocznicę urodzin Mikołaja Kopernika. Od razu uspokajam, nie będę proponował wina z Torunia. Niech Torunianie pozostaną przy piernikach, farmaceutyce, materiałach opatrunkowych i płatkach śniadaniowych. To robią genialnie. A kopernikańskie wino weźmiemy sobie z regionu Wenecji. Ten region winiarski rozciąga się od weneckiej Laguny, przez pola Treviso, wzgórze padewskie, pagórki na północ od Werony aż po jezioro Garda. Być może bywał tam nasz Kopernik studiując w Padwie medycynę. Wino Serego Alighieri Possessioni Bianco del Veneto pochodzi z okolic Werony, niedaleko wylotówki na Trydent i i pochodzi z posiadłości Pietro Alighierego syna słynnego Dantego. To miejsce, w którym tradycje winiarskie sięgają połowy 14 wieku, czyli są ponoć 200 lat starsze od samego Kopernika. Kultowym szczepem z tamtych stron jest garganega, która jest podstawą równie kultowego Soave. Jeśli ktoś ma ochotę na zestaw rozszerzony to znajdzie takie wino na stronie Winezji. Ale w naszym zestawie podstawowym proponujemy garganegę w doborowej asyście suvignona blanc. I to właśnie suvignon blanc zaatakuje was jako pierwszy aromatem skoszonej trawy, agrestu i warzyw, ale potem rozwinie się na języku coś jakby brzoskwinia, a może mandarynka i odrobina majerankowej goryczki. To właśnie garganega – największa po Romeo i Julii chluba Werony.

To może być ulubiony szczep wegetarian, bo świetnie sprawdza się z sałatką grecka, różnymi potrawami z mango, szpinakiem i grzybami, a także z krewetką i z komosą ryżową, słowem ze wszystkim co poleciłby wam doktor nauk medycznych Mikołaj Kopernik. Choć słyszałem ostatnio, że Kopernik wcale nie dorobił się w Padwie doktoratu. Skończył zaledwie z licencjatem. Czyżby to wszystko przez weneckie wina.

ZAREZERWUJ ZESTAW NA WINEZJA.PL