Nie pamiętam takiego biegu wydarzeń w ostatniej dekadzie. Prawie połowa maja, a ja jeszcze nie byłem w Piemoncie. W moim Piemoncie! Ukochanym. Spokojnym. Uroczym. Smakowitym. Nie ma jednak co narzekać - sam tak wybrałem, oddając palmę pierwszeństwa innym lądom. Najgorsza jednak jest świadomość, że do lipca nie znajdę w kalendarzu takiej dziury, która pozwoliłaby mi nadrobić straty. Za chwilę ruszają targi w Londynie, później nieodległa Florencja, zaraz po niej szkoła w Barcelonie, a jeszcze gdzieś pomiędzy muszę wcisnąć eskapadę do BeNeLux-u. Nie mówiąc o krajowych wojażach… Eeech… Lgnę więc do każdego skrawka i przejawu Piemontu, jak do przysłowiowego lepu. Nie spodziewałem się, że kiedyś poczuje się ja mucha…
czytaj dalej